Dokładnie rok minął gdy byłam wraz z tatą po raz ostatni na grzybach. Pojechaliśmy wtedy z Domem Kultury, który działa tuż obok naszego bloku. Tata zawsze lubił zbierać, a później jeść grzyby. Jak byliśmy mali to wybieraliśmy się w taką wyprawę do lasu razem z jego bratem czyli moim wujkiem. Czasy były lepsze, a jak wszystko może zmienić w przeciągu kilku miesięcy...
15 września 2017 roku
Zbiórka przy "Wiktorii"- bo tak nazywał się ten Dom Kultury była wczesnym rankiem. Tata wracał z pracy po 24h w pracy. Strasznie cieszył się na ten wypad na grzyby. Kilka dni wcześniej zapytałam go przez telefon czy nie chciałby pojechać, to powiedział, że będzie po pracy. Ale chwilę później oddzwonił i powiedział, żebym rezerwowała dla nas miejsce. Załatwił sobie w robocie, że skończy wcześniej o godzinę, bo na prawdę chciał tam jechać. Byłam z tatą już rok wcześniej na takiej samej wyprawie i również z "Wiktorią" i nawet mile to wspominam. Wiedzieliśmy, więc czego się spodziewać, dlatego już się cieszyliśmy. Tata nigdy nie był wylewny jeśli chodzi o okazywanie radości, miłości czy czegokolwiek, ale jak ktoś go znał to wiedział kiedy się cieszy. Jechaliśmy autokarem z naszymi sąsiadami z całego osiedla. Łącznie było ich około 40 osób. Każdy wziął ze sobą koszyki na grzyby. Każdy zajął miejsce w autokarze i tak zaczęła się podróż do lasu w Kempiczu. Jest to miejscowość znajdująca się niedaleko Obrzycka, tam gdzie tata się wychował. Dlatego mile było jechać w tamte rejony.
-Moi drodzy, pan z leśniczówki powiedział, że grzybów za bardzo nie ma - odparła organizatorka imprezy stojąc w autokarze podczas przeliczania uczestników
Spojrzałam na tatę trochę zawiedziona, ale wtedy tata powiedział:
- Rok temu też tak mówiła, a uzbieraliśmy całe wiadro.
W czasie drogi, która trwała około godziny, tata uciął sobie należytą drzemkę po pracy.
Z obawami, że znajdziemy niewielką ilość grzybów dojechaliśmy na miejsce. Wszyscy uczestnicy wyprawy rozproszyli się po całym lesie i tak zaczęło się jedno wielkie zbieranie leśnych przysmaków. Razem z tatą w odstępie około piętnasto-metrowym rozpoczęliśmy poszukiwanie jadalnych grzybów. Bardzo lubię właśnie chodzić po lesie, znajdywać i cieszyć się, że udało się znaleźć prawdziwka, kurkę czy maślaka. Trochę to uspokaja, odstresowuje, a co najważniejsze można było spędzić troszkę czasu z tatą. Po 4-5 godzinach (dokładnie nie pamiętam) nadszedł czas zbiórki przy autokarze. Każdy na każdego patrzył ile zebrał grzybów. Większość uczestników miała około 70 lat, a do lasu przyjechali w szczególności pochodzić po lesie i porozmawiać z innymi, a przy okazji zebrać parę grzybków, za to ja z tatą mieliśmy dosłownie ich najwięcej. Dwa wielkie wiadra plus jeszcze to co daliśmy do siatek, ponieważ nie myśleliśmy, że aż tyle znajdziemy!
- Jak wy to zebraliście? Przecież grzybów nie było! - pytali zdziwieni ludzie
Bardzo cieszyliśmy się z łowów. Na dodatek większość zebranych przez nas grzybów nie była robaczywa i były to średniej wielkości okazy. Wróciliśmy do domu koło 16.00. Tata zmęczony po siedzieniu 24 godzinach w pracy plus pięciogodzinnym chodzeniu po lesie będzie musiał jeszcze obrać te grzyby, rozdzielić i wyparzyć. A więc czekało go jeszcze ładnych kilka godzin roboty. Czego się nie robi dla grzybów.. Kompletnie tego nie rozumiem! Kocham zbierać grzyby, ale nie jeść. Dziwne,ale prawdziwe. Tata i mój mąż mieli grzyby na kilkanaście kolacji z rzędu.
Po kilku miesiącach mama przyniosła duże wiadro do domu.
-Będzie na następne zbieranie grzybów- odparł tata zanim jeszcze dowiedział się o swojej chorobie...
Września nie dożył.
córka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz